Dzien 61
W koncu nastapil dzien wielkiego malowania. Nawet nie wiedzialam, ze wybor koloru jest takim problemem. Moze i nie bylby tak wielkim, gdyby czlowiek pod kolor scian dobieral dodatki i meble. A tu trzeba bylo jakos to wszystko zrobic tak, zeby sie komponowalo z tym, co mamy. Krzysiek wybieral kolory z kolega i w pudelku wygladaly ok, oprocz tego zielonego, ktory od poczatku mi sie nie podobal.
Ja poszlam do miasta kupic jakies drobnostki na prezent dla Nadii, bo miala urodziny na drugi dzien. Gdy wrocilam na scianach ukazl sie paskudny bladozolty kolor, ktory mi sie zaraz skojarzyl z takim wiejskim domem z PRL. No kolor byl okropny. Mowie, ze nie podoba mi sie, a tu pol salonu wymalowane. Pojechalismy po inne farby, ale nie moglam sie zdecydowac. Co innego w pudelku, co innego na scianie. W sumie kupilismy biala farbe, ktorej i tak nie uzylismy wtedy :D Po powrocie okazalo sie, ze ten zolty jak podsechl, to wygladal calkiem w porzadku. Jedna sciane chcemy miec w innym kolorze i wybralismy latte. Jeszcze nie wiem, czy to bedzie sie dobrze komponowac, bo na tej scianie byla wielka dziura i trzeba bylo to zaszpachlowac.



